Loki Lafoks
Cześć! Mam na imię Loki Lafoks i jestem kotem. Nie byle jakim kotem, zauważcie, ale bardzo wyjątkowym, i właśnie o tym teraz opowiem.
Mieszkam w Berlinie ze swoimi współlokatorami: Alice Lafoks i Olehem Lafoksem. Jestem menedżerem artrockowego zespołu Darwin’s Cat. W Darwin’s Cat jestem najważniejszym członkiem, ponieważ wszystko, co robimy, opiera się na moim mądrym zarządzaniu. Pilnuję wszystkiego: od harmonogramu mojego śniadania (a śniadanie, moim skromnym zdaniem, jest najważniejszym posiłkiem dnia) i miejsca, w którym powinna stać miska, aż po melodyjną harmonię gitarowych solówek Alice. Alice bywa dość egoistyczna i uparta, więc poświęcam sporo czasu na uczenie jej, jak grać naprawdę wspaniałe solówki. Gitarowa solówka to w istocie kwestia tonu i rytmu, a rytm to przede wszystkim timing. A skoro o timingu mowa: śniadanie też jest niewiarygodnie ważne. Nuty w solówce muszą zabrzmieć dokładnie w odpowiednim miejscu i dokładnie w odpowiednim czasie — i śniadanie też musi wydarzyć się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Widzicie różnicę między "na czas" a "w odpowiednim czasie"? Każdego dnia muszę przypominać Alice, o której dokładnie podać śniadanie — zwykle od trzech do pięciu razy dziennie… plus parę razy w nocy, rzecz jasna. Nie mogę spać z pustym żołądkiem! Teraz rozumiecie, jak trudno zarządzać tymi wszystkimi śniadaniami, gitarowymi solówkami i całym zespołem Darwin’s Cat? A przecież nawet jeszcze nie wspomniałem o niezgrabnych partiach basu Oleha. Opowiedziałem tylko o zarządzaniu śniadaniami — wyobraźcie sobie, że są jeszcze obiady, kolacje i oczywiście przekąski. Zarządzanie zespołem rockowym to ogromny stres!
No dobrze, pora opowiedzieć swoją biografię. Urodziłem się w Odessie, ogromnym czarnomorskim porcie, dość daleko od Berlina.
Moja matka była słynną podróżniczką z Nowej Zelandii. Odbyła swój trzeci rejs dookoła świata na pokładzie statku towarowego Titan Lightning, pomagając kapitanowi zarządzać załogą. Załoga Titan Lightning była praktycznie prawdziwymi piratami, i bez pomocy mamy kapitan za nic nie poradziłby sobie z tymi leniami.
Mój ojciec był kotem portowym z Antwerpii i pomagał szefowi portu zarządzać całą przystanią. Codziennie obchodził wszystkie doki Antwerpii, pilnując, żeby wszystko działało sprawnie i harmonijnie. Miejscowi pracownicy podziwiali jego oddanie sprawie i cechy przywódcze, a on uważnie obserwował każdy wpływający i wypływający statek.
Pewnego dnia w porcie w Antwerpii moja mama spotkała mojego ojca. To był historyczny wieczór w barze De Muze przy Melkmarkt, gdzie grał zespół na żywo. Zakochali się tej samej nocy — miłość od pierwszego wejrzenia. Spędzili razem trzy dni i trzy noce. To prawdziwa historia miłosna, którą opowiem kiedy indziej. Po tych trzech dniach i trzech nocach musieli się rozstać: statek towarowy mamy czekał na nią w porcie w Pireusie, niedaleko Aten, i musiała wrócić pomagać kapitanowi, a tata — pomagać szefowi portu w Antwerpii.
Minęły dwa miesiące. Po zawinięciu do portu w Pireusie i przejściu przez Bosfor Titan Lightning wreszcie zacumował w Odessie. Moja mama odwiedziła swoją siostrę — moją ciotkę Matyldę — która mieszkała przy ulicy Małej Arnautskiej. Potem mama znów odpłynęła na Titan Lightning ku nowym horyzontom, zostawiając mnie w Odessie z Matyldą — bo wychowywanie mnie na statku byłoby, oczywiście, zbyt skomplikowane.
Nie mogę powiedzieć nic dobrego o Matyldzie. Była złą kotką, dlatego pierwszy miesiąc życia spędziłem na rogu Wielkiej i Małej Arnautskiej.
Ponieważ Matylda się mną nie opiekowała i spędzała czas przy walerianie z sezonowymi robotnikami z miejskiego targu Privoz, zachorowałem i zraniłem łapę. I wtedy wkroczył los: jeden z członków rodziny Lafoks zauważył mnie na ulicy i zaniósł do francuskiej polikliniki do doktora François. Dzięki dobroci doktora François wyzdrowiałem i oficjalnie zostałem Lafoksem. Lafoksowie wyraźnie mnie potrzebowali — bez moich zdolności organizacyjnych nigdy nie założyliby zespołu artrockowego, nie zdecydowaliby, gdzie stawiać jedzenie, ani nie nauczyliby się porządnie grać na gitarze i śpiewać.
Wciąż mam nadzieję, że pewnego dnia zobaczę mamę. Od czasu do czasu przysyła mi wiadomości, a ja z Lafoksami też bywamy w portach. Właśnie dlatego kupili dom na kółkach — stale podróżujemy po Europie, zaglądając do różnych portów w nadziei, że znów spotkamy mamę.